• Wpisów: 126
  • Średnio co: 5 dni
  • Ostatni wpis: 12 dni temu, 20:15
  • Licznik odwiedzin: 5 925 / 641 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
itogi
 
porcelina-w-potoku
 
itogi: Borze, blog żyje!
  • awatar Porcelina w potoku: To było, zdaje się, niepokalane zmartwychwstanie. Rzecz dotychczas bezprecedensowa.
Pokaż wszystkie (1) ›
 

porcelina-w-potoku
 
- No bo ty tak po prostu przelatujesz przez wszystko, a ja muszę tu wykręcić, tam ominąć, zwolnić. I dlatego za tobą nie nadążam. - odpowiadam na zarzut Żony, iż szyja ją boli od ciągłego oglądania się za mną.
- Myślałam, że wyszłyśmy razem na rower, a ty to tak przedstawiasz, jakbyś jechała za mną traktorem - wzrusza ramionami Żona.
 

porcelina-w-potoku
 
chmura opasła na nieboskłonie
- niebo skłonię do dreszczu
 

porcelina-w-potoku
 
Miałyśmy z Żoną tyle planów majówkowych (w tym nawet jeden skrytoplan), że od razu było wiadomo, że żaden nie wypali.
Wobec tego bimbam na balkonie, czytam dawno nieczytanych faworytów i jest dokładnie jak w piosence: "I guess I'll just stay in and I'll do - well, whatever."

Fajnie mam, co?

blakonik.png

  • awatar Tinwerina Miriel: Fajnie masz. :D A jakie fajne rude na stole siedzi.
  • awatar Porcelina w potoku: @Tinwerina Miriel: :D Rude wg weta fachowo nazywa się "rude mleczne" i faktycznie jest mocno zabielane. Nie ma mózgu, za to ma cztery lewe łapy.
  • awatar itogi: Skoro wet rozszyfrował Biszkopta jako "rudemleczne", to może jeszcze wydedukuje, czy ojcem jest ś.p. Rudolf czy łaciaty blondyn?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

porcelina-w-potoku
 
A skoro już powróciłam, to i porządek zrobię:
otóż zawiadamia się, że wyczyszczam moje obserwowane blogi w ten sposób, że jak już kogoś mam w znajomych, to usuwam z obserwowanych.
 

porcelina-w-potoku
 
Jak wskazują pingerowe statystyki, dziś mijają 154 dni odkąd dodałam ostatni wpis. Liczba dobra jak każda inna, a zresztą, jak twierdzi pani natalia_oreiro, nigdy nie jest za późno, by wskrzesić blogaska.
Spróbujmy więc.
Motywacje do wskrzeszania mam rozmaite, jedna jest taka, że mamy akurat święto pracy, w związku z czym wolna jestem jak ptak i mogę robić wszystko, mogę nawet nie pracować. A druga jest taka, że obejrzałam wczoraj film, który mnie poruszył, i to w sensie negatywnym, i to poruszenie zniosło nawet niechęć do obsługiwania własnego blogaska.

Nigdy nie byłam w Ameryce: ani w Łacińskiej, ani w tej, co ją zamieszkują Kanadyjczycy, ani też w tej prawdziwej, właściwej, składającej się z pewnej liczby zjednoczonych stanów. Moja wiedza o kontynencie jest fragmentaryczna, nieuporządkowana i pochodzi z drugiej ręki; stanowi zlepek cudzych spostrzeżeń i obiegowych opinii. Z racji wykształcenia znam flagowe dzieła literackie made in USA, ale świadomie i celowo rozwijałam się raczej w kierunku brit litu (choć też bez wymiernych sukcesów).
Brak solidnej wiedzy nie przeszkadza mi jednak w wyrabianiu sobie opinii na temat Stanów Zjednoczonych - a jest ona umiarkowanie negatywna. Jakoś nie lubię, i już. Wyjątek stanowi Nowy Jork, który, jak wieść niesie, jest niczym oaza intelektualnego fermentu, wyspa spiętrzonych idei pośród rozległej prerii jałowego konsumpcjonizmu. Nigdy nie byłam w Nowym Jorku, ale tęsknię czasem do tego miasta miast i kiedyś na pewno je odwiedzę.

Zatem kiedy trafiam na film, który obiecuje, że w sposób świeży i bezlitosny opowie mi o USA coś, czego nie wiem, to się zaintrygowuję i oglądam z uwagą.
I jeśli na koniec mogę tylko wzruszyć ramionami i z niesmakiem skrzywić usta, to taki film zasługuje na to, by specjalnie na jego potrzeby odgrzebać blogaska.
A chodzi o dzieło pana Bobcata Goldthwaita "God Bless America".
Dotychczas opisując moje filmowe przeżycia starałam się nie ujawniać za dużo z fabuły recenzowanych obrazów, żeby nie psuć osobom seansu, tutaj jednak zrobię wyjątek. Więc ostrzegam: kto zamierza obejrzeć dany film i osobiście wyciągnąć wnioski, niechaj dalej nie czyta.

"God Bless America" to film z tezą, a ta jest następująca: obywatele i obywatelki USA się degenerują, zanika sztuka i kultura, w tym również kultura osobista - a wszystkiemu winna jest telewizja.
Też mi, proszę Państwa, odkrycie. To samo lata temu mówił Woody Allen (któremu w filmie Goldthwaita też się dostało) -  dwa cytaty przytoczę z pamięci: "To jest publiczność wychowana na telewizji, jej standardy były obniżane latami", oraz mój ulubiony: "Życie nie naśladuje sztuki, ono naśladuje kiepską telewizję".
To samo zresztą wiedzą wszyscy, to samo wiem i ja - choć nie do końca się zgadzam. A właściwie, to wcale się nie zgadzam. Zwalanie winy za kiepską kondycję ludzkości li i jedynie na pogarszającą się jakość programów telewizyjnych to uproszczenie tak wielkie, że aż głupie. A poza tym, sprawa z tą kondycją też nie jest oczywista. Moja własna kondycja, na ten przykład, jest całkiem niezła - tak intelektualna, jak światopoglądowa i społeczna, a i z fizyczną nie jest najgorzej. Kulturę osobistą też mam w normie. Lecz czy mój niezły stan wynika bezpośrednio z faktu, że nie mam w domu telewizora? Jakoś nie sądzę. Raczej przychyliłabym się do stwierdzenia, że jest odwrotnie. I właśnie przekonanie, że jeśli komuś naprawdę nie odpowiadają niemądre telewizyjne programy, to ich po prostu nie ogląda, bardzo silnie negatywnie wpłynęło na mój odbiór wspomnianego filmu.

Główny bohater (czy też może antybohater), Frank, to podstarzały, dość zapuszczony i bardzo samotny mężczyzna. Żona odeszła w niewyjaśnionych okolicznościach, zabierając córeczkę, i zamieszkała z innym - bezbarwnym i wypranym z osobowości, lecz młodym i uśmiechniętym. Frank, jako się rzekło, nie ma żadnych przyjaciół ni znajomych, mieszka w apartamencie o bardzo cienkich ścianach, od lat pracuje w tej samej firmie robiąc nieokreślone rzeczy na komputerze w ciasnym kubiku, dzielonym na nieszczęście z kolejnym młodym i uśmiechniętym, przedstawianym jako bezmózgi zjadacz telewizji. W tejże samej firmie na recepcji pracuje obiekt subtelnych pragnień Franka, i jak się szybko okazuje, prawdziwa femme fatale. Widzimy Franka jak pożycza jej polecaną wcześniej książkę, jak wymienia z nią potajemne spojrzenia i sekretne uśmiechy. Niestety, w swoich romantycznych zapędach nieatrakcyjny amant posunął się do tego, że wykradł z działu kadr domowy adres ukochanej by posłać jej kwiaty. Co skutkuje natychmiastową reakcją, będącą jednocześnie prztyczkiem w poprawność polityczną: za ową niedyskrecję Frank momentalnie wylatuje z firmy, w której przepracował przecież jedenaście lat! Wymowa tych scen jest jednoznaczna: głupia i obłudna histeryczka doniosła szefostwu bo nie umiała wprost powiedzieć Frankowi, że jego awanse są jej niemiłe. A przecież chwilę wcześniej przyjęła oferowaną książkę! A przecież się uśmiechała.
Nie wiem, jak Państwo, ale ja chyba też poczułabym się odrobinę zagrożona, gdyby ktoś podstępem zdobywał mój adres, zamiast mnie po ludzku zapytać, gdzie mieszkam. Lecz takiej interpretacji, ani w ogóle spojrzenia z drugiej strony - scenariusz nie przewiduje.
Straciwszy pracę przez własny poryw serca protagonista dowiaduje się jeszcze, że ma w mózgu guz, który należałoby zoperować, ale operacja jest niebezpieczna. Pozostawienie go na miejscu jest równie niebezpieczne, a na domiar złego lekarz, który przekazuje mu te fatalne wieści jest cyniczny, niedelikatny choć ugrzeczniony, i w dodatku podczas złowieszczej rozmowy odbiera prywatny telefon.
Co w takiej sytuacji robi Frank? Otóż Frank, załamany otaczającą degrengoladą, brakiem kontaktu z własną córką, rozdrażniony hałaśliwą egzystencją prymitywnych sąsiadów, pognębiony bezdenną głupotą telewizyjnych programów, zrozpaczony zanikiem kultury i umiejętności konwersacyjnych w otoczeniu - zaczyna strzelać do ludzi.
Na pierwszą ofiarę wybiera potwornie rozpieszczoną szesnastoletnią pannicę, bohaterkę reality show, która, choć dwa razy starsza od jego własnej córki, stanowi jej wyolbrzymiony i spotworniały, lecz jednak wierny obraz.
Twórca filmu bardzo zadbał o to, by analogie między jedną a drugą dziewczynką nie umknęły widzom, symetria jest podana na tacy i pięknie wyeksponowana. Generalnie podczas całego seansu miałam poczucie, że jestem prowadzona za rączkę od sceny do sceny, a co ważniejsze momenty są mało dyskretnie lecz skutecznie wskazywane palcem.
Zbrodnia popełniona na nastoletniej księżniczce TV robi ogromne wrażenie na jej rówieśniczce i szkolnej koleżance, Roxy. Dziewczyna jest tak zachwycona postępkiem Franka, że przyłącza się do niego, okłamawszy wcześniej co do swojej sytuacji życiowej, odwodzi go od samobójstwa i namawia do dalszego działania. Czyli do dalszego strzelania. Bo na śmierć zasługują po równo: osoby, które nadużywają słowa "epicki", osoby, które codziennie używają napojów energetycznych, dorosłe kobiety, które nazywają swoje cycki dziewczynkami, mormoni i inni religijni fanatycy, osoby głośno rozmawiające w kinie, osoby źle parkujące samochody itd., itd.
W wielkim finale Frank, który w międzyczasie dowiedział się, że wcale nie on ma guza mózgu, tylko jakiś inny Frank - urządza hekatombę na zgromadzonej w studio publiczności programu "American Superstarz", wiernie naśladującego "X-Factor". Nawiązuje tym samym do odwiecznego i wciąż nierozstrzygniętego pytania o to, kto właściwie jest odpowiedzialny za postępującą mizerię programów telewizyjnych i popkultury w ogóle: twórcy, którzy prześcigają się w produkowaniu różnorakich mięsnych jeży czy odbiorcy, którzy je łykają i proszą o więcej?
W ostatnich scenach bohater oprócz życia traci także złudzenie jakiegokolwiek sensu, który próbował nadać swoim działaniom: otóż upośledzony chłopiec, który w pierwszych scenach filmu zostaje gwiazdą internetu dzięki swemu głupiemu wystąpieniu we wspomnianym klonie X-Factora, wskutek czego podejmuje nieudaną próbę samobójczą - jak się wydawało, zaszczuty i zaśmiany na śmierć; potem w ramach przeprosin zaproszony do występu w finale programu, w odpowiedzi na ostatnią płomienną przemowę Franka wyznaje rozbrajająco że chciał się zabić nie dlatego, że się z niego śmiano, lecz dlatego, że przestał się pojawiać w TV.

Taki obrót spraw to nie żadna nowość. Tragiczny koniec, jaki spotyka dwójkę bojowników o kulturę i sztukę to też jest kalka odbijana tylokrotnie, że trudno wskazać oryginał; sam film metatekstualnie i za pomocą grubego palucha wskazuje na Bonnie i Clyde'a - choć moim zdaniem obie historie nijak się mają do siebie.
"Staliśmy się narodem powtarzających slogany, plujących jadem hejterów, straciliśmy naszą wrażliwość i takt" - użala się Frank z karabinem w dłoni. Cóż, być może istnieje jakiś sposób na przywrócenie ludziom wrażliwości, ale wydaje mi się, strzelanie do nich to nie jest właściwa droga. Podobnie niewłaściwym działaniem jest nakręcenie złego filmu o tym, że coś złego dzieje się z kulturą.

I nadal nie mogę zrozumieć czemu biedny samotny Frank, tak gnębiony przez telewizyjną głupotę nie wyłączył odbiornika na czas. Czemu, choć przecież przeczytał w życiu przynajmniej jedną książkę (tę, którą usiłował pożyczyć wybrance) i czynność jest mu nieobca, nie spędza wieczorów na lekturze?
Czemu nie reaguje, widząc że jego córka wyrasta na potworzycę?
Być może jest to film o tym, że się człowiek stara, stara i stara ale mu nie wychodzi - lecz tego starania nie pokazano wcale, było natomiast mnóstwo strzelania. A ja strzelania nie lubię.
Nie lubię też sztampowych, efekciarskich scen ani obowiązkowych łzawych przemówień, a tych jest w "God Bless America" pod dostatkiem.
Poza tym pan Bobcat Goldthwait, autor scenariusza i reżyser, bardzo mocno i kompletnie bez wdzięku starał się dopiec pani Diablo Cody, również scenarzystce, za propagowanie nastoletnich ciąż; Woody'emu Allenowi i Vladimirowi Nabokovowi za skłonności pedofilskie - ogólnie jest to film potępiający w czambuł wszystko i wszystkich, a oferujący w zamian absolutne amerykańskie nic - zawinięte w błyszczący papierek i łatwo wchłanialne, bo wstępnie przetworzone.
Duży plus natomiast za obsadę - wszyscy aktorzy i aktorki bardzo się starali/ły.

  • awatar itogi: I dlaczegóż to, droga Porcelino, obejrzałaś tak boleśnie zły film w piękną majówkę, zamiast, dajmy na to, jeździć na łyżworolkach po okolicy lub dokarmiać ptaszęta wiosenne? Podziwiam samozaparcie. Ja zwykle wymiękam po pierwszym kwadransie podobnych dzieł z tezą i nawet argumenty Żony ("obejrzyjmy to gówno razem, ty się tak fajnie wkurzasz")zupełnie do mnie nie docierają. A co do telewizji nieszczęsnej: myślę że najgorzej działa na podatnych i im robi spore kuku. Tobie pewnie by nie zrobiła, ale po diabla trzymać w domu klabzdroniasty telewizor, skoro można mieć więcej miejsca na koty?
  • awatar Porcelina w potoku: Niestety, ja oglądam mnóstwo boleśnie złych filmów, a przyczyny są różnorakie. Najczęściej po prostu wieczorami nie mam siły na sztukę przez wielkie SZY :D Poza tym nie mam w domu ani jednej łyżworolki. A co do miejsca na koty, to myślę że w każdym domu jest go zarazem wystarczająco dużo i o wiele za mało.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

porcelina-w-potoku
 
Utwór "Jolene" (podobnie zresztą jak megahicior z czasów, kiedy dinozaury grywały na Pegasusie, czyli "I will always love you"), napisała i pierwotnie wykonywała królowa countrowa, Dolly Parton. Podobnie jak wspomniany hit, również "Jolene" lepiej znana jest z innego wykonania: jutub w pierwszej kolejności wypluwa wersję The White Stripes. Oprócz tego istnieje jeszcze wiele wiele innych coverów różnorakiego autoramentu, od Miley Cyrus przez anonimowe gwiazdeczki z amerykańskich edycji "Idola" po Queenadrena, która daje radę. Ale ja preferuję The White Stripes - z oczywistych względów.

Tekst, który w moim mało pięknym i bardzo wiernym przekładzie* przytaczam poniżej, jest prosty i - chyba właśnie dzięki tej prostocie - poruszający. Jedna kobieta, zakochana, zdesperowana i biedna, próbuje przemówić do duszy drugiej, o której wiemy tylko to, jak ma na imię, i to, że jest strasznie piękna. I że jest zagrożeniem dla integralności związku tej pierwszej. Bidulka zanosi więc do rywalki pokorną suplikę: błagam, Jolene, zostaw w spokoju mojego chłopa.

Dużo w tym tekście rozpaczy, ale co ciekawe - nie ma w nim w ogóle agresji. Ta pierwsza, zdesperowana, wie, że nie ma sensu apelować do przyzwoitości danego faceta, wie, że on poleci za Jolene jeśli ta tylko na niego kiwnie pięknym paluszkiem. A jednak podmiotka liryczna kocha tego pierwotniaka pozbawionego moralnego kośćca, i nie wyobraża sobie życia bez niego, więc całkowicie wyzbywa się dumy, obnaża się psychicznie przed rywalką i prosi, błaga, płacze. Ale nie wyzywa, nie złości się, nie krzyczy - wprost przeciwnie, dużo miejsca i uwagi poświęca pochwałom, nie ukrywa swojego podziwu dla niezwykłej urody Jolene. Ja tutaj wyczuwam fascynację, nie wiem, jak Państwo.

Liryczna podmiotka zakłada, że Jolene nie ma żadnych uczuć wobec wzmiankowanego faceta, że sięga po niego tylko dlatego, że może. Ale czy na pewno tak jest? Czy Jolene nie ma serca, czy jej bezwzględne piękno wyklucza tkliwość? Nasza desperatka czepia się tej myśli kurczowo, nie dopuszcza do siebie innej wersji, bo przecież jeśli Jolene też kocha - to podmiotka (we własnej ocenie) nie ma już absolutnie żadnych szans. Jak się kończy ta historia i co na apel odpowiada Jolene - nie wiadomo.

Co do wykonania White Stripes, to niewątpliwą wartością dodaną jest fakt, że Jack White, to, jakby nie było, mężczyzna. Na dodatek heteryk. I duże brawa dla tego pana za nieprzękręcenie tekstu na potworka typu "Joey, please don't take my girl" Oraz bardzo mi się podoba jego zaangażowanie emocjonalne i to - że posłużę się cytatem z Musierowicz - jak on tak, rozumiesz, łka.

No a poza tym Jack to przecież nie tylko zdrobnienie od John, ale też od Jacob. Mój książkowy Kuba co prawda nigdy nie zdobyłby się na taką rozmowę ze swoją rywalką - on tylko mentalnie pojękuje "Jolene, I'm begging of you-", co nie zmienia faktu, że ta piosenka jest jedną z najważniejszych, jakie wtłamsiłam do tekstu.



Wersja autorska dla porównania:



*Błagam cię, Jolene, nie odbieraj mi faceta
Proszę, nie zabieraj go tylko dlatego, że możesz.
Twoja uroda jest niezrównana:
Płomienne pukle kasztanowych włosów
Cera jak kość słoniowa
I szmaragdowozielone oczy,
Twój uśmiech niczym powiew wiosny
Głos masz słodki jak deszcz latem
Nijak mi się z tobą mierzyć, Jolene.
On mówi o tobie przez sen
A ja nie mogę się powstrzymać
Od płaczu, kiedy woła cię po imieniu, Jolene.
Ja bardzo dobrze rozumiem
Jak łatwo możesz  odebrać mojego mężczyznę
Ale ty nie wiesz, ile on dla mnie znaczy.
Możesz mieć każdego, kogo tylko chcesz
Ale ja nie pokocham już nigdy więcej
On jest dla mnie jedyny, Jolene.
Muszę się z tobą dogadać
Bo moje szczęście zależy tylko od ciebie
I od tego, co postanowisz, Jolene.*

A to moja książkowa Dżołlin, czyli Daria, czyli Danae.

t_Klimt - Danae.jpg

_____________________________
*Bo przekład ponoć jest jak mężczyzna: może być albo piękny, albo wierny.
  • awatar Wenus z Willendorfu: Ja jednak skłaniałabym się ku wersji Dolly.
  • awatar Porcelina w potoku: Spuer, robimy kolejny poll! Proszę o głosowanie w komentarzach :)
  • awatar Wenus z Willendorfu: I również wyczuwam fascynację tej biednej 'brzyduli'. Może dlatego,że to z brzydulą się utożsamiam bardziej niż z Jolene.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

porcelina-w-potoku
 
kultura.gazeta.pl/(…)Tymon_Tymanski_w_prokuraturze_…

Blogerka z otchłani Salonu24 niestety sama nie była świadkiem popełnienia przestępstwa przez Tymona Tymańskiego, lecz na szczęście nie przeszkodziło jej to w złożeniu doniesienia do prokuratury.
Na szczęście, bo gdyby nie ta sprawa, to nie usłyszałabym tej piosenki, bo mnie też jakoś umknęła w natłoku wrażeń.
A tak to mogę sobie... słuchać orła białego.



Siódma okupacja,
Jedenasty zabór.
Znów nam hańbią orła,
Pragną stępić pazur.
Żydzi i komuchy,
Geje i masoni,
Słuchajcie uważnie,
Oto głos z przepony:

Nikt nie będzie nam bezkarnie i bezwstydnie wszem i wobec lżyć, upadlać, lekceważyć, kalać, szmacić i centralnie dymać Orła Białego!
 

porcelina-w-potoku
 
Freddie Mercury kojarzy mi się z Panią Zabawą tak mocno, że nie umiem słuchać jego głosu bez myślenia o niej - nie żeby było w tym coś złego. Bo ja lubię myśleć o niej i lubię go słuchać.
Pani Zabawa rokrocznie organizowała u siebie wielkie huczne imprezy z okazji rocznicy śmierci Freddiego; uważała, że to bardzo w jego stylu, czcić przewrotnie dzień śmierci, a nie urodzin, i to czcić przebierając się w dziwaczne stroje, drąc się do "Bohemian Rhapsody" i pijąc na potęgę.
Lecz teraz ona wyjechała i bawi się gdzie indziej, a ja siedzę w domu i wspominam.
Długo próbowałam wybrać jakąś fajną i mało wyświechtaną pieśń Queenu, żeby ją tu wkleić, chociaż w ten sposób zachowując tradycję, ale to jest karkołomne zadanie - wszystkie są fajne. I wszystkie znane.
Więc jedziemy po bandzie, "Innuendo" wciąż robi mi ciary. A skojarzenie z Panią Z. jest takie, że pisząc pracę z polskiego w liceum użyła właśnie tego utworu jako ilustracji muzycznej do "Dziadów". Ech, to były czasy.


A ty, osobo czytelnicza? Jaki masz ulubiony utwór Freddiego?
  • awatar Wenus z Willendorfu: To samo właśnie wstawiłam do siebie. 'Innuendo' jest nieśmiertelne a Queen to już (od dawna) klasyka.
  • awatar le-vo: Bohemian Rhapsody. Mimo że popularne, to strasznie dobrze, słodko-gorzko kojarzy mi się ze straconym przyjacielem. Słuchaliśmy tego paląc papierosy i jeżdżąc jego samochodem do Burger Kinga.
  • awatar Tinwerina Miriel: Strasznie nieoryginalnie "Bohemian Rapsody"
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

porcelina-w-potoku
 
Piosenka pod enigmatycznym tytułem 2HB nie ma, wbrew pozorom, wiele wspólnego z ołówkami. Jest dziełem zespołu Roxy Music, lecz ja (wyznam to bezwstydnie) poznałam ją w zgoła innym wykonaniu i w tym innym wolę jej słuchać. Nie żebym miała coś do pana Bryana Ferry (wprost przeciwnie, skoro grał w moim ubóstwianym "Śniadaniu na Plutonie", to jak mogłabym mieć?), ale do głosu Thoma Yorke jakoś bardziej przywykłam, cóż zrobić - I'm a creep, I'm a weirdo.
Otóż tytuł tej piosenki to skrót, akronim, inicjał i to coś, co powstaje kiedy Anglosasi używają cyferek do zapisu identycznie brzmiących wyrazów, to, co na pewno ma swoją nazwę, którą z racji wykształcenia powinnam znać. A nie znam.
No więc "2HB" znaczy nie mniej, nie więcej tylko "To H. B.", a inicjał z kolei oznacza nikogo innego, tylko samego Humphreya Bogarta. Czyli piosenka dedykowana jest właśnie jemu, Humphreyu Bogartu, i to dokładnie zakodowane jest w jej tytule, który ukradłam i zrobiłam z niego tytuł jednego z rozdziałów "Siedmiu" - tego, w którym trójka bohaterów ze wzajemnymi sercowymi powikłaniami ogląda wspólnie film "Casablanca".
Że "Casablanca" to w gruncie rzeczy dość nadęta szmira przekonałam się całkiem niedawno, ale cóż, robi za symbol, a i trójkąt miłosny w niej występuje.
Poza tym wszystkim, piosenka 2HB została wykorzystana w ścieżce dźwiękowej kolejnego filmu, który niegdyś nosił miano mojego ulubionego, czyli "Velvet Goldmine". I stamtąd właśnie pochodzi wersja Thoma Yorke'a, który poratował swoim wokalem pana Jonathana Rhys Meyersa, który nie dysponuje warunkami dostatecznymi, by przekonująco zagrać gwiazdę rocka (ale część utworów sam wykonał, i dobrze.)
Zatem zapraszam na wykon: fikcyjna grupa The Venus in Furs w hymnie na cześć Humphreya.


___________________
*Nie wiem, co jest fajnego w tym toaście, po polsku brzmi dość niefortunnie: "Pijemy za patrzenie na ciebie, mała". Ot, magia języka obcego.